Bez kategorii

Czym skorupka za młodu nasiąknie…

Maria z Kisielnickich Kossakowa żona Wojciecha Kossaka mówiła o sobie z dumą, że …jest matką geniuszów. Uważała, że urodziła niepospolite dzieci, które zostaną kimś wielki. I wprost obsesyjnie dbała o rozwój talentów swoich córek, czasem nawet wbrew ich woli. Małe: Magdalena i Lilka / Maria/ od najmłodszych lat pracowały nad talentami. Uczyły się malować, grać, śpiewać. Gorzej było z graniem i śpiewaniem, bo…tylko zapatrzone w swoje córki Mamidło widziało w nich talent. Ani Madzia ani Lilka nie miały ani głosu, ani słuchu muzycznego. Anegdota mówi, że Wojciech Kossak dlatego tak często uciekał za granicę, by nie słuchać gam wygrywanych przez córki. Mamidło się nie pomyliło w ocenie swoich córek. Lilka to słynna poetka Maria Pawlikowska – Jasnorzewska, Madzia to słynna satyryczka Magdalena Samozwaniec.
Jak mamy podchodzą do talentów swoich dzieci?
Nie wszystkie dzieci mają siłę przebicia. Niektóre mają talent, ale on się marnuje i zanika w dorosłym życiu. A dlaczego? Bo w dzieciństwie były to zawsze szare myszki, zawsze na szkolnych akademiach chowały się w tłumie. Kiedy klasa śpiewała, one chowały się w ostatnim rzędzie i śpiewały tak cicho, by nikt ich nie usłyszał. Często za taką nieśmiałość ponoszą rodzice, którzy, może nieświadomie nie ze złej woli mówią, kiedy dziecko śpiewa w łazience
– Nie śpiewaj, bo szczury uciekną! Albo wychylaj się, bo przynosisz wstyd. Przecież nie masz talentu…
I…tym twierdzeniem robi się krzywdę dzieciom!
Moja historia:
Opowiem trzy przypadki z mojego dzieciństwa, które przypadło na lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte i osiemdziesiąte.
Moją cechą było to, że zawsze rwałam się do śpiewania, choć głos mam wprawdzie ładny / rzadko spotykany sopran koloraturowy/ to za grosz słuchu.  Dziś nawet krąży anegdota pośród moich znajomych:
Działacze PiSu zwrócili się do mnie, bym im zaśpiewała pieśń patriotyczną z okazji wieczornicy na 11 Listopada.
Odpowiedziałam:
– Niech im kot Alik zaśpiewa! Nikt nie zauważy różnicy…
Ja mam dystans do samej siebie i potrafię śmiać się sama z siebie. To jednak dlatego, że w dzieciństwie dane mi było realizować swoje marzenia i najbliższe mi osoby nie…podcinały mi skrzydeł.
Przygoda pierwsza!
Było to w przedszkolu, w tzw. średniakach. Była impreza mikołajkowa, na której byłam z mamą. Mikołaj ogłosił konkurs, kto najładniej zaśpiewa, dostanie cukierka. A wiadomo ja za cukierka zrobię wszystko…Wyrwałam się i zaśpiewałam. Mama była czerwona ze wstydu, bo…chyba pies znajomych lepiej wył. Wygrałam jednak cukierka i wróciłam do mamy dumna.
Przygoda druga!
W siódmej klasie zamarzyło mi się należeć do chóru kościelnego, choć…do kościoła wcale nie chodziłam. Pełna tupetu poszłam do księdza. Ksiądz mnie posłuchał i powiedział, że mnie nie przyjmie, bo mu szczury z kościoła uciekną. Ja jednak tak długo chodziłam za księdzem, że dla świętego spokoju mnie przyjął. Pojechaliśmy na konkurs chórów parafialnych w Oliwie i zdobyliśmy puchar. W szkole też należałam do chóry. To opiekun szkolnego chóru pan Henryk Ziobrowski powiedział, że mam rzadko spotykany głos – sopran koloraturowy.
Przygoda trzecia!
W drugiej klasie Ogólniaka nasza klasa przy współudziale Domu Kultury
Muza w Lubinie i Atache Kulturalnego Ambasady Francuskiej pana Pierra Cuisseta zorganizowała Konkurs Piosenki Francuskiej. A nagrodą była encyklopedia Laroussa, wiadomo zaś czym był Larousse w czasach, kiedy w Polskiej Encyklopedii były tylko ” słuszne” hasła. To było kuszące! Zaśpiewałam w duecie z kolegą i…przyznano nam pierwsze miejsce. Pan Cuisset powiedział póżniej, że oboje fałszowali, ale robili to tak pięknie, że grzech byłoby im nie przyznać pierwszej nagrody!
Parole. Parole…
Oczywiście ta moja samokrytyka nie dotyczy recytacji. Wszyscy przyznawali, że mam talent do recytowania. Mówiłam wiersze na szkolnych akademiach. Wygrałam nawet Konkurs recytatorski w Domu Kultury w Lubinie. W jury był pan prof. Ludwik Gadzicki, przewodnicząca jury była pani prof. Irena Horoszczak, oboje poloniści. Brałam też udział w przedstawieniach Teatru Legnickiego. Pamiętam spektakl ” Szaleństwa panny Ewy”.
Mnie udało się zrealizować swoje marzenia, ale to dlatego, że nikt mi nie przeszkadzał w realizacji moich talentów. Moi rodzi, jeżeli myśleli, że nie mam talentu, to machali ręką i mówili: Niech próbuje! Jak się sparzy to przynajmniej będzie miała nauczkę!
Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni…
No właśnie. Dziś kiedy widzę młodych ludzi w gabinecie psychiatryczną cierpiących na różnego rodzaju psychozy, najczęściej na schizofrenię, zastanawiam się, jakie ja miałam udane życie. Oni otwierają się w czasie psychoterapii i wychodzi na jaw, że jedną z ważniejszych przyczyn ich choroby jest…gaszenie ich marzeń w dzieciństwie przez najbliższych. Nie masz talentu! Do niczego się nie nadajesz! Po co ja cię urodziłam! Córka sąsiada jest taka zdolna! Nie zapiszę cię do szkoły muzycznej, bo to strata pieniędzy!
Takie zdania wyrywają nam się mimowolnie. Często nie zdajemy sobie sprawy, że robimy dziecku krzywdę, a na nasze słowa może wpłynąć choćby to że w pracy szef na nas krzywo spojrzał. A dziecko to notuje, wbija mu się w świadomość. Pojawiają się kompleksy, nawet fobia, a wrażliwsze osobniki, które nie potrafią sobie z sobą poradzić popadają w chorobę psychiczną.
Jakie jest wyjście z sytuacji?
Pozwólmy dzieciom realizować swoje marzenia nawet jeżeli z naszego punktu widzenia jest ono niedorzeczne.
Bądżmy jak Maria Kossakowa…
Co nie zabije, to wzmocni…
Może nasze dzieci nie będą w przyszłości Magdaleną Samozwaniec, Marią Pawlikowską – Jasnorzewską czy Marią Callas, ale na pewno będą w dorosłym życiu szczęśliwe, pewne siebie i będą dobrymi pewnymi swoich racji pracownikami.
A o to przecież chodzi…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s