Bez kategorii

Przez żołądek do serca…

Obecnie furorę w internecie robią blogi kulinarne. Internauci prześcigają się w zakładaniu blogów, w których podają przepisy kulinarne. Dziś już naprawdę trudno się przebić …na rynku internetowym różnego rodzaju przepisów kulinarnych. Ja nie zamierzam zakładać bloga kulinarnego, bo choć, nie chwaląc się, jestem nie najgorszą kucharką, a moja rodzina i znajomi chwalą moje dania, to daleko mi do wymyślania przepisów kulinarnych. W tej notce uchylę jedynie rąbka tajemnicy, jak…poprzez trudne początki doszłam do perfekcji w gotowaniu. Sienkiewicz pisał, że kobieta ma więcej inklinacji do chochli niż do szabli. Ja taka seksistowska nie jestem uważam jednak, że…kobieta powinna być dumna, kiedy sprawdza się w kuchni, bo kuchnia to królestwo kobiety, jej mały warsztat artystyczny.

Jak zaczął się…mój flirt z bogini Westą?                                                                                  Wszystko zaczęło się w siódmej klasie szkoły podstawowej, czasy Gierka. Mieliśmy wtedy lekcje z zajęć praktyczno – technicznych, osobno chłopcy, osobno dziewczynki. Chłopcy majsterkowali, myśmy miały zajęcia z gotowania. Z zasady te lekcje były bardzo nudne, bo pani dyktowała nam olbrzymie elaboraty do zeszytu na temat: na czym polega gotowanie i co to jest pasteryzacja? Ale miałyśmy też zajęcia praktyczne. Robiłyśmy kompoty i sałatkę warzywną. Te zajęcia mi się podobały. W ósmej klasie rodzice gdzieś wyjechali z siostrą i zostałam sama w domu. Postanowiłam zapunktować i zrobić obiad . Razem z koleżankami, Anią i Renatą gotowałyśmy krupnik. Zupa była bardzo dobra, ale…włożyłam doń pół kilo…wołowiny na pieczeń. Mięso w zupie więc było twarde, bo niedogotowane. Poza tym był to rok 1979r, kiedy już były olbrzymie trudności z mięsem i powstały sklepy super komercyjne, mama więc … musiała wystać w kolejce, by kupić te pół kilo wołowiny na pieczeń. Niespodzianka więc się nie udała. Była za to…awantura, że biorę się za coś, o czym nie mam pojęcia. Na długo więc zaniechałam sprawdzania się w gotowaniu.                                                                                                                                                                      Pierwsze poważne lekcje..                                                                                                       Gotować nauczyła mnie ciotka. Zrazy duszone w sosie pieczarkowym , które mi pokazała są do tej pory ma specialite de la maison. A wszystko się zaczęło od…pocałunku na Sylwestra. Na drugim roku studiów w trakcie żegnania roku 1985 i witania 1986r byłam na Sylwestra u kolegi mojego kuzyna Piotra. Graliśmy w butelkę. Wypadło na mnie i Piotra i musieliśmy się pocałować…z języczkiem. Ten pocałunek zrobił na nim takie wrażenie, że chciał czegoś więcej. Ja jednak mu powiedziałam, że…nic więcej bez ślubu nie uzyska. I Piotr rzucił moją koleżankę Anię. Ania rozstanie ciężko przeżyła i choć Piotr nie powiedział, z kim się żeni, to…domyśliła się. Wyprowadziła się ze stancji, na której razem mieszkałyśmy. Ponieważ byliśmy kuzynami w pierwszej linii, ojciec Piotra jest moim stryjem, potrzebna nam była do ślubu kościelnego dyspensa papieża. Uzyskaliśmy ją bez trudu. Małżeństwo długo nie przetrwało, ale zaowocowało pojawieniem się spadkobiercy rodu. Urodziłam syna i nadałam mu imię po jego dziadku, Józef. Koleżanka mi przebaczyła, bo zrozumiała, że to było małżeństwo dla dziecka. Zresztą ja wyswatałam ją potem z moim kuzynem i do dziś są szczęśliwym małżeństwem. Jednak satysfakcję mam, to ja dałam mu dziedzica. Koleżanka urodziła córkę. Jednakże Kasia jest oczkiem w głowie Piotra i on za nią wprost szaleje. Z tego małżeństwa na trwałe pozostały mi jednak umiejętności kulinarne. Ciotka bowiem za punkt  honoru postawiła sobie nauczyć mnie gotować, bo…jej ukochany synek musiał dobrze jeść. Ale…                                           Na swoim…                                                                                                                              W latach dziewięćdziesiątych w trakcie małżeństwa z Markiem gotowanie nie było moją mocną stroną. Ciągle jeszcze przypalałam wodę na herbatę i na potęgę paliłam garnki. Umyśliłam więc sobie, że każdy powinien robić to, co umie najlepiej. Ja do garów się nie nadaję. Robiłam więc karierę. Kiedyśmy wybudowali willę pod Warszawą, w której zamieszkały nie tylko dzieci moje i Marka / trójka/, ale sprowadziłam tam wszystkie swoje dzieci, zatrudniliśmy gosposię. Wtedy była moda na zatrudnianie pomocy domowej spośród Polek, które przyjechały z Kazachstanu. Ja bez żadnych wyrzutów sumienia zrzuciłam gotowanie dla całej mojej rodziny na tę starszą kobietę.                                         Kiedy się zmieniłam?                                                                                                                W 1999r spełniły się moje marzenia, zostałam żoną mojego ukochanego, wymarzonego księcia z bajki, starego przyjaciela i ukochanego Mirka. Zmieniło się wtedy moje podejście do spraw kuchennych. To dla mnie wielki zaszczyt gotować dla Mirka. Pierwszy nasz małżeński obiad zrobiłam w niedzielę po naszym powrocie z podróży poślubnej do Egiptu. Nie był to wyszukany obiad. Zrobiłam to co umiałam najlepiej. Tradycyjnie rosół i…gotowane golonki indycze z rosołu i do tego surówka. Ale mój Mirek nie był wybrednego podniebienia…Jego poprzednia żona była trochę leniwa, rzadko gotowała, choć robiła to perfekcyjnie i z zasady jadał po stołówkach. Z tego mojego obiadu jednak tak bardzo się ucieszył, że do dziś mówi, że…był na przyjęciu. Dziś już trudności w gotowaniu są poza mną. Gotuję dobrze dla całej mojej rodziny / mamy tylko nianię, nie kucharkę i sprzątaczkę/ i wymyślam coraz to nowe dania. Moimi kulinarnymi przewodniczkami są moja mama i moja koleżanka Ania. Ania przeszła szkołę gotowania u ciotki. Dziś jest perfekcjonistką w gotowaniu i często od niej przywożę przepisy na nowe dania. Jej specialite de la maison to pizza. Robi wyborną pizzę. A ja? Ja robię wszystko, by dogodzić mojemu Mirkowi. Okazało się bowiem, że jest dość wybredny w jedzeniu. Dzisiaj tak się przyzwyczaił do codziennego rodzinnego obiadu na trzynastą, że…jak się spóżniam to robi mi wymówki. Ja jednak lubię, kiedy mój man cieszy się …                           Napisałam we wstępie, że powołaniem kobiety jest praca w kuchni. Ja wiem, że wiele feministek mnie teraz zakrzyczy. Jest przecież teraz tak modna filozofia gender: kobiety i mężczyżni ubierają się tak samo i kobiety i mężczyżni robią to samo. Czy jednak wtłaczanie kobiet na siłę w zwyczaje mężczyzn to nie unieszczęśliwianie ich? Robienie z kobiet babochłopów jest bardzo smutne. Dziś modne jest, że na imprezach zakładowych kobiety i mężczyżni równo piją wódeczkę, a koledzy z pracy poufale poklepują koleżanki po plecach i klną przy nich jak szewcy. Kobiety też zresztą nie gorzej klną. Dziś kobiety na imprezach zakładowych razem z kolegami świętują do nocy, bo nie zależy im, by iść do domu ugotować rodzinie obiad. Zawsze można zadzwonić po pizzę! No cóż, gender! Czy jednak same kobiety w ukryciu nie tęsknią za czasami, kiedy na imprezach dawano kobietom tylko wino, a mężczyżni przy koleżankach z pracy nie klęli . Zaś mąż z dumą mówił kolegom: Mój dziubeczek gotuje palce lizać! Czasy się zmieniają…Czy takie kobiety jak moja mama, Ania czy ja, co lubią dogadzać swoim menom to dziś dinozaury i do tego na wymarciu? Ja moje córki uczyłam gotować…Sama…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s