Uncategorized

“Our Saint Foursome”

Moja mama mawia, że przyjażnie zdobywa się w pracy i kończą się zazwyczaj, kiedy kończy się pracować, człowiek odchodzi na emeryturę i zostaje sam jak palec, Tak było… za Komuny, jeszcze w latach osiemdziesiątych, kiedy dla wielu ludzi zakład pracy był drugim domem. Kawusia, pogaduchy, przyjęcia imieninowe w pracy, które przypominały wesela, a za pięć trzecia wszystkie urzędniczki stały już przy drzwiach gotowe do wyjścia. Dziś kiedy w pracy trwa wyścig szczurów, kiedy obecna jest rywalizacja, podgryzanie i wygryzanie i donoszenie szefowi, by ten tylko nas zauważył, ta opinia już nie jest adekwatna,  Dziś przyjażnie zdobywa się poza pracą, a imprezy urodzinowe zaprasza się do lokalu po pracy, a w pracy to ciężka harówka, stres i… nie zawsze się pamięta jak się nazywa, na zawieranie przyjażni nie ma już czasu. Przyjaciół zdobywa się całe życie, a przyjażnie zawarte w szkole czy na studiach wbrew obiegowej opinii nie kończą się  po zakończeniu szkoły czy studiów. Te prawdziwe przyjażnie trwają całe życie, choć niejednokrotnie siwa pani ze swoją szkolną przyjaciółką rozmawia tylko na skypie, bo ta jest na antypodach, w Australii. Ja jestem tą szczęściarą, której szkolne czy studenckie przyjażnie przetrwały próbę czasu, choć czas studiów zaciera się w pamięci. Ocalić od zapomnienia…

Na studiach prawniczych we Wrocławiu miałam trzy koleżanki: Beatę, Gosię i Sylwię. Tworzyliśmy zgraną paczkę i koledzy nazywali nas nawet Świętą Czwórką. Kiedy rozpoczęłam pierwszy rok prawa, najszybciej się zaprzyjażniłam z Beatą. Pamiętam, poprosiła mnie, byśmy razem poszły zapisać się do Biblioteki Wojewódzkiej. Nie wystarczyła mi wtedy Biblioteka Uniwersytecka, zapisywałam się do wszystkich ważniejszych jakie były we Wrocławiu. Z Beatą tak szybko złapałam kontakt, być może dlatego, że znałam ją wcześniej. W Stanie Wojennym, w 1982r, kiedy były podczas godziny milicyjnej nasze słynne imprezy w Klubie dziennikarza we Wrocławiu, Beata też tam bywała i tam ją poznałam. Bywała tam też inna moja koleżanka ze studiów, Elwira, córka znanego wrocławskiego adwokata, dziś sama jest znanym adwokatem we Wrocławiu, specjalistką od prawa rodzinnego. Beata była ode mnie i od Elwiry o dwa lata starsza, wtedy czuła się za nas odpowiedzialna i pilnowała, abyśmy za dużo nie rozrabiały. A pomysły miałam przednie, które wszyscy podchwytywali! Choćby ten ze zdobywaniem podczas godziny milicyjnej Wzgórza Partyzantów, za co cała nasza paczka: my, znani wrocławscy dziennikarze i prawnicy wylądowaliśmy w milicyjnym areszcie na łąkowej. Na piątym roku mieszka lam z Sylwią w jednym pokoju w akademiku. Dobrałyśmy się i byłyśmy zadowolone z trójki. Ponieważ nasz akademik ” Urszulka” był tuż przy Uniwersytecie, zbierałyśmy się w naszym pokoju w przerwie między zajęciami i był to nasz punkt wypadowy.  We Wrocławiu na ulicy Świdnickiej, tuż przy sądzie była najsłynniejsza kawiarnia Hortex, gdzie podawano przepyszne lody. Na studiach zrobiłyśmy sobie małą tradycję. Co roku chodziłyśmy na początku roku akademickiego do Hortexu na lody i lampkę wina. Nazywałyśmy to… inauguracją w Hortexie. Dwa lata po studiach, kiedy Gosia i Beata robiły aplikację prokuratorską, Sylwia sędziowską, a ja radcowską. One obroniły się w czerwcu 1989r i wtedy był jedyny czas w historii, kiedy na aplikację prokuratorską we Wrocławiu przyjęłi wszystkich co złożyli podanie. Ja wtedy jeszcze pisałam pracę magisterską, zbierałam do niej materiały, obroniłam ją 3 stycznia 1990r. Już się nie załapałam na tak łatwe przyjęcia na aplikację prokuratorska, z realizacją swoich marzeń o byciu prokuratorem musiałam czekać do 1997r, wyleczyłam w między czasie chorobę dwubiegunową, a i tak dostałam się na aplikację poza etatową i po ciężkiej walce. Ale coś za coś! Kiedy obroniłam pracę magisterska pt.” Zabezpieczenie alimentów w razie wyjazdu zobowiązanego za granicę w świetle orzecznictwa Sądu rejonowego w Lubinie i Wydziału Paszportowego w Legnicy” zaproponowano mi kontynuację tematu w pracy doktorskiej i etat na uczelni. Dzisiejsze zmiany w krio dotyczące zabezpieczenia alimentów są pokłosiem moich pomysłów. No i… zdałam egzamin radcowski, co zwłaszcza mojemu tacie się podobało. bo kontynuowałam tradycję rodzinną. Dwa lata po studiach zrobiłyśmy sobie z zjazd absolwencki u Beaty. Sylwia nie przyjechała, bo uczyła się do egzaminu sędziowskiego. Pokłóciły się wtedy z Beatą, bo Beata uważała, że Sylwia nas olała. Zawsze była pilna i sumienna, uczyła się na bieżąco i jakby sobie zrobiła jeden dzień wolny od nauki na spotkanie z nami, to nie zawali przez to egzaminu. Sylwia orzekała w Wydziale karnym Sądu w Świdnicy, prawo karne to jej konik. Potem w Sądzie Apelacyjnym we Wrocławiu. Po uchwaleniu nowej prezydenckiej ustawy o Sądzie Najwyższym kandydowała na sędziego Sądu Najwyższego. Niektórzy twierdzą, że ja nie będąc zwolennikiem pisu i krytykując Ziobrę nie mam dobrych notowań u Ziobry i zostałam prokuratorem w Wydziale do Spraw Przestępczości Zorganizowanej w Prokuraturze Krajowej we Wrocławiu, bo to bardzo niebezpieczna praca i nikt ze swoich nie chciał. Ale ja lubię swoją pracę! No i udało mi się u Ministra Sprawiedliwości poprzeć kandydaturę Sylwii. Przynajmniej jedna sędzia w Sądzie Najwyższym, która jest powołania, jest mądra o wysokiej etyce. Na psychologii we Wrocławiu też zdobyłam grono przyjaciół. Na zajęciach na medycynie poznałam dwóch studentów medycyny, Piotra i Irakijczyka na stypendium. Obaj byli krótko moimi mężami. Nasza przyjażń trwa do dzisiaj. Piotr jest znanym w kraju i za granicą psychiatrą, a Irakijczyk ginekologiem. Obaj są moimi lekarzami.  Obecnie nasze dzieci: moje bliżniaki Staś i Angelika, syn Gosi i córka Beaty studiują prawo. Nastąpiła nieuchronna wymiana pokoleń. Czy nasze dzieci się zaprzyjażnią? Czy będą stanowiły zgraną paczkę tak jak my? Czy będą mieli co wspominać z życia studenckiego tak jak my? Nasza Święta Czwórka!!! Bezmyślne kucie nie wychodzi na zdrowie…

Przyjażnie zawarte w szkole czy na studiach pozostają na całe życie. W trakcie pracy poznajemy nowych ludzi. W pracy nie jest żle i dzisiaj w pracy można znależć przyjaciół , a nawet partnera życiowego. Choć nie polecam wdawania się w romans szefem! To nigdy nie wychodzi na zdrowie! Choć ja … zdobyłam męża i miłość na całe życie romansując z szefem, a raczej mój Mirek z szefową, bo w Zielonogórskiej Gazecie Nowej, w której razem pracowaliśmy ja byłam naczelną, on tylko kierownikiem oddziału w Lubinie. Choć ten romans był trochę efektem manii w ADB, bo gdybym była zdrowa to bym nigdy nie poszła na żywioł. Od 1990r byłam żoną Marka Siudyma, razem graliśmy w Kabarecie Olgi Lipińskiej, po planie chodziliśmy trzymając się za ręce i uważałam, że on jest wreszcie tym jedynym , z którym chcę spędzić życie.  Szaleństwo z Mirkiem uświadomiło mi, że teraz i wcześniej i na zawsze on jest ten jedyny. Są ludzie, którym nigdy nie dane było pracować. To chorzy psychicznie. Szkolne przyjażnie zerwali, nowych nie nawiązali. a przyjażni jak każdy człowiek pragną. Stąd rodzi się ich frustracja i zawiść do innych. którym się poszczęściło. Stąd dają upust swoim emocjom ubliżając innym. To ich wołanie o pomoc, rozpaczliwe pokazywanie: ja też tu jestem! Gdy takiego widzimy na forum. powściągnijmy emocje spowodowane hejtem i spróbujmy nie traktować takiego człowieka jak internetowego trolla! To trudne!!! Mnie się udało mieć wielu przyjaciół!!!DSCN0131

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s